Najtragiczniejszym rozdziałem w historii obozu KL Auschwitz była ewakuacja więźniów.  Wszystkich, którzy jeszcze mogli chodzić formowano pośpiesznie w piesze kolumny i prowadzono na zachód do obozu Gross-Rosen lub w inne miejsca Trzeciej Rzeszy.

Trasy wielu ewakuowanych kolumn  prowadziły przez Głuchołazy. W jednej z tych grup Marszu Śmierci był pędzony Leon Foksiński. Jego ucieczka z kolumny więźniów w rejonie Głuchołaz oraz naoczne świadectwo zbrodni jakiej dopuścili się eskortujący SS-mani w Konradowie mordując 142 więźniów to wydarzenia już na stałe wpisane w historię naszego miasta. Są to tylko niektóre epizody  najtragiczniejszych wojennych  fragmentów życia pana Leona, wtedy 25- letniego więźnia nazistowskiego obozu zagłady w Auschwitz. 

23 czerwca 2019 roku pan Leon obchodził 100 rocznicę urodzin. Na uroczystość zaproszeni zostali przyjaciele pana Leona, Jego liczna  rodzina oraz  przedstawiciele władz miast: Bielska-Białej oraz Głuchołaz. Pan Leon, ogromnie  wzruszony bardzo się cieszył z naszej obecności. Serdecznie dziękował  za pamięć i życzenia  oraz za gratulacje od władz Głuchołaz przekazane dostojnemu jubilatowi przez Pawła Szymkowicza.

Nie nadążali zabijać 

                                           Edward Świeca  -  artykuł prasowy  z 2007 roku

Ewakuacja KL Auschwitz

Kolumna p. Leona liczyła około 6 tys. więźniów i rozpoczęła swój marsz śmierci 20 stycznia 1945 roku w Gliwicach. Drogi, którymi przechodziła znaczył ślad krwi. Ciała bestialsko mordowanych, rozstrzeliwanych i umierających z głodu, wycieńczenia i chorób więźniów pozostawiano w przydrożnych rowach. Po 8 dniach kolumna dociera w okolice Głuchołaz. Tak wspomina to p. Leon Foksinski – „ 27 stycznia zaprowadzono nas do jakiegoś dworu gdzie po przeliczeniu noc spędziliśmy w stodole. A było nas wtedy bardzo mało, około 600 osób”. Dzień później pan Leon podejmuje udaną próbę ucieczki.

Spotkanie w Głuchołazach

Pana Leona poznałem całkiem przypadkowo dwa lata temu, latem 2005 roku na naszym rynku. Pamiętam jak wtedy starszy pan z aparatem poprosił mnie o zrobienie zdjęcia. I tak rozpoczęła się nasza przypadkowa znajomość i przyjaźń, która trwa do dzisiaj. Spotykaliśmy się wielokrotnie zarówno w Głuchołazach jak i w Bielsku gdzie obecnie mieszka pan Leon. Wiele mi o sobie opowiadał. Pan Foksiński urodził się 23 czerwca 1919 roku w Bestwinie koło Bielska. Jego tragiczne, wojenne losy związały go z naszym miastem. Jest jedynym żyjącym świadkiem tamtych styczniowych wydarzeń z 1945 roku jakie miały miejsce w Głuchołazach i okolicach. Przy każdej sposobności mówi że w Głuchołazach narodził się po raz drugi. Jednak w Głuchołazach nie zakończyła się jego więzienna gehenna, trwała nadal…

Nowe nazwisko – 7208

Bramę z napisem „Arbeit macht frei” przekraczał dwukrotnie. Pierwszy raz na początku listopada 1943 roku. Przed zatrzymaniem pracował w hucie Bobrek. Później zostaje  wywieziony na roboty do Rzeszy. Ucieka z Brandenburga i powraca w rodzinne strony. Jest poszukiwany przez niemiecką policje i się ukrywa. Zostaje aresztowany we własnym domu. Po tygodniowym pobycie w areszcie na gestapo w Bielsku zostaje odesłany do Auschwitz. W obozie SS-mani zaprowadzili go najpierw do biura gdzie po spisaniu niezbędnych formalności dostał swoje nowe nazwisko – numer 7208 i od tej pory był już tylko numerem. Dalej tak wspomina pan Leon; – przed łaźnią wszystkich nas rozebrano, ogolono, wysmarowano jakimś śmierdzącym smarem i zagoniono do zimnej kąpieli. Później każdemu rzucono łachy do przebrania i był już wieczór kiedy zaprowadzono nas do bloku. W drodze do kąpieli widział jak inni więźniowie przewozili na dwukołowych wózkach trupy. Przejął go wtedy ogromny strach.. Pan Leon trafił do bloku nr.2 jako więzień wychowawczy. Gdy położył się na pryczy dostał zimnych dreszczy. Tak nim trzepało, że inny, zbudzony więzień spytał go czy czasami nie ma padaczki. Zaprowadzono go do lekarza, który zmierzył mu temperaturę. Lekarz jak zobaczył, że na termometrze jest 40 stopni to kazał mu włożyć dwa termometry pod pachy. Oba pokazały takie same, wysokie temperatury. Dopiero wtedy obozowy lekarz dal mu proszki po których zaczął się mocno pocić. Cały był mokry. Osłabł i zasnął. Około północy zbudziła wszystkich syrena alarmowa i przez kolejne 4 godziny stali wszyscy na placu apelowym. Tak wyglądał pierwszy dzień spędzony w Oświęcimiu. Przebywał tam jeszcze 17 tygodni pracując w cementowni – komando nr. 15 i komando nr. 132. W czasie pracy spotykał się ze swoim bratem Rudolfem, który był pracownikiem firmowym w tym zakładzie. Brat dostarczał mu żywność ale przede wszystkim podtrzymywał go na duchu.

„Praca czyni wolnym” – po raz drugi

Początkiem marca 1944 roku pan Leon zostaje zwolniony z obozu w Auschwitz i dostaje nakaz pracy w hucie Bobrek. Była to bardzo ciężka praca przeznaczona jak mówi tylko dla obcokrajowców. Po zatargu z niemieckim majstrem w obronie pewnej więźniarki, obawiając się aresztowania ucieka z huty. Przez jakiś czas ukrywa się u państwa Kołaczków z Hutki, później wraca w rodzinne strony, gdzie ma dużo rodziny, znajomych i krewnych. Nocuje przeważnie w stodołach, lesie i kopkach siana. Przypuszcza, że jego dom jest obserwowany. Pewnej nocy u siebie w domu zmieniając ubranie zostaje osaczony i aresztowany. Gestapowcy dowożą go do Oświęcimia. W obozie czekając przed biurem na swoich konwojentów spodziewa się najgorszego. Bardzo się boi. Myślami powraca do listopada 1943 roku, kiedy dokładnie w tym samym miejscu „zmieniono” go na numer. Ku swemu zdziwieniu gestapowcy opuszczający biuro zabierają go ze sobą. Razem opuszczają teren obozu. Pan Leon ostatni raz widzi  pozostawiony za plecami złowieszczy napis „Arbeit macht frei”. Już nigdy tu nie wróci.

Marsz Śmierci

Dopiero w pociągu dowiaduje się że jedzie do więzienia gestapo w Mysłowicach. Tam jest przetrzymywany do września 1944 roku. Następnie w październiku jest przekazany do innego więzienia gestapo tym razem w Bytomiu. Tam w czasie przesłuchań jest bity i torturowany. Zapada wyrok – obóz Gross-Rosen. W celi czeka już tylko na transport. Ale niespodziewanie 20 stycznia 1945 roku około południa wszystkich więźniów wyprowadzono na plac. Panował niesamowity popłoch. Każdemu dano po pół bochenka chleba i autobusami przewieziono do Gliwic. Na stacji towarowej spędzili mroźną noc. Rano dołączono ich do więźniów z Auschwitz. Na zbiórce oficer SS zakomunikował wszystkim, że Rosjanie posuwają się na zachód a oni mają rozkaz ich przed nimi ochronić. Dodał także, że każde przewinienie będzie karane śmiercią. Następnie załadowano po 100 więźniów do jednej węglarki. Od kolejarzy dowiedział się że przygotowano 60 takich węglarek. Po ujechaniu kilkudziesięciu kilometrów pociąg zatrzymano. Stał na jakiejś małej stacji cały dzień i całą noc a stłoczonych w wagonach ludzi nie wypuszczono, nie dano im nic do jedzenia i do picia. Na dworze panował siarczysty mróz. Na drugi dzień kiedy SS-mani wygonili wszystkich z wagonów zobaczył, że stoją na stacji Rzędówka. Niemcy wpadli w furię zaczęli strzelać. Teren dworca zasłany został trupami. Żywych popędzili kilka kilometrów dalej i tam kazano im biegać po wyznaczonej trasie a oprawcy z SS strzelali do nich ze wszystkich stron. To był przerażający widok. Potworna zbrodnia. Pan Leon twierdzi, że w tych masakrach w drugim dniu marszu śmierci zginęło około 2 tysięcy więźniów. Przez następne dni kolumna przechodziła przez Księżenice, Kamień, Nędzę, Racibórz, Baborów. W Baborowie pan Leon spotkał pracującego u bauera kolegę z Bestwiny, Władka Hamerlaka. Zdążył powiedzieć mu tylko aby powiadomił jego matkę, że jeszcze żyje. Gdy maszerujące kolumny żywych trupów znajdowały się w rejonie Głubczyc to ich przemarsz obserwował Rudolf Hoess, komendant obozu Auschwitz. Próbował on jeszcze przedostać się do obozu oświęcimskiego i jak zeznawał później przed sądem „po to by  sprawdzić czy wszystko co ważne zostało dokładnie zniszczone” – mat. „Śladem Krwi” Jana Delowicza. Dalej trasa prowadziła przez Osoblahę, Krzyżkowice, Prudnik, Wierzbiec, Charbielin do Głuchołaz. Trasę tego męczeńskiego pochodu łatwo było prześledzić. Co kilkaset metrów leżały ciała więźniów a w każdej miejscowości pozostawione były miejsca zbiorowych mordów.

Głuchołazy – masakra w Konradowie

28 stycznia wieczorem grupa około 600 skrajnie wyczerpanych więźniów zatrzymuje się na nocleg w Konradowie koło Głuchołaz w nieistniejącym już folwarku /zabudowania po lewej stronie drogi przejścia granicznego Konradów - Zlate Hory/. Ani więźniowie ani eskortujący ich SS-mani nie wiedzą, że dzień wcześniej 27 stycznia został wyzwolony obóz koncentracyjny w Oświęcimiu. Czy gdyby wiedzieli nie doszłoby do masakry jaka miała miejsce 29 stycznia? Rankiem tego dnia Niemcy stwierdzili, że brakuje 2 więźniów. Zaczęli przeszukiwać stodołę i po kilkunastu minutach wyprowadzili z niej dwóch zmasakrowanych więźniów, których rozstrzelali na placu, zabijając przypadkowo dwóch pracowników gospodarstwa, którzy obserwowali te wydarzenia skryci za drewnianymi wrotami stodoły. Następnie wśród więźniów przeprowadzono rewizję i poddano ich selekcji. Oddzielono tych co np. mieli przy sobie łyżkę lub byli niezdolni do dalszego marszu. Każdemu z nich oberkapo z Auschwitz pluł w twarz i nakreślał czerwony krzyż. Następnie wyprowadzono ich za zabudowania i tam rozstrzelano. Pan Leon w sprawie tej zbrodni zeznawał jako świadek w prokuraturze Rejonowej w Bielsku w roku 1975. Nie wie jednak do dzisiaj gdzie pogrzebano ciała pomordowanych więźniów ponieważ Niemcy zaraz po egzekucji popędzili ich w kierunku Głuchołaz. W Głuchołazach miał zamiar uciec z kolumny ale jak wspomina zabrakło mu odwagi a na dodatek dostał do ciągnięcia sanki SS-mana załadowane jego bronią amunicją i rzeczami osobistymi. W mieście zatrzymali się przed piekarnią i  prawie 5 godzin czekali na wypiek chleba. W tym czasie jeden z SS-manów przyprowadził do kolumny więźnia w pasiaku narodowości żydowskiej. Jemu już chleba nie dali i po południu ruszyli w dalszą drogę. Szli z Głuchołaz do Mikulovic. Przed Kolnovicami SS-man przywołał do siebie tego żyda i strzelił mu dwa razy w głowę. Jednak ten zalany krwią szedł dalej. Zdziwiony SS-man wołał innych żołnierzy eskorty aby to zobaczyli. Później po przejściu około 200 metrów  dobito go i pozostawiono na drodze.

Ucieczka i powrót do Głuchołaz

Wieczorem doszli do małej osady Vysuta nieopodal Gierałcic. Tam rozlokowano ich w starej stodole. W nocy pan Leon wraz z innym więźniem uciekają. Wracają tą samą droga którą przyszli. W Mikulovicach głodni i zmarznięci decydują się wejść do jednego z domów prosząc o pomoc. Drzwi otwiera im wysoki mężczyzna w mundurze. Są wystraszeni, ale ten zaprasza ich do środka. W środku czuć przyjemny zapach pieczonego mięsa. Trafili na świniobicie. Zostają nakarmieni a żona wojskowego proponuje im nocleg w pokoju. Odmawiają mówiąc że są zawszeni i brudni i wolą się przespać w stodole. Dostają jakieś kożuchy i koce i idą do stodoły na nocleg. Wcześnie rano opuszczają stodołę i już osobno ruszają w dalszą drogę. Pan Leon powraca  do  Głuchołaz. W pobliżu dworca kolejowego nieopodal wiaduktu wpada na patrol żandarmerii. Patrol doprowadza go do siedziby gestapo, która mieściła się na Głuchołaskim rynku. Tam jest przesłuchiwany przez gestapowców w czarnych mundurach ze swastyką na rękawach. Po kilku godzinach przesłuchań kierują pana Leona do pracy na cmentarzu. Przez kilka dni kopie dużą mogiłę w której 2 lutego składa ciała 11 więźniów w pasiakach przywiezionych na cmentarz. Zwłoki zakopuje w prawej części grobu, lewą pozostawiając pustą. W grobie spoczywają zwłoki 16 bezimiennych więźniów, ofiar tego tragicznego marszu. Przez następnych kilka dni pan Leon pracuje przy ewakuacji zakładu produkującego części lotnicze. Zakład ten znajdował się w pobliżu dworca i cmentarza. Następnie wraz pozostałymi robotnikami zostaje wywieziony z całą ewakuowaną fabryką do Niemiec a konkretnie do Bremy. Tam robotnicy powiadamiają Niemców o więziennej przeszłości pana Leona i jego ucieczce. Jednak w porę ostrzeżony – ucieka. Dociera w okolice Hamburga i tam aż do wyzwolenia przez Anglików w dniu 21 kwietnia 1945 roku pracuje na roli.

Wyzwolenie w Niemczech i więzienie w PRL-u

W grudniu 1945 roku powraca do Polski do rodzinnej Bestwiny. Jest ciężko, wszystkiego brakuje, panuje głód. W czerwcu 1946 roku zostaje zatrzymany przez Urząd Bezpieczeństwa jako podejrzany o współpracę z NSZ. Bez wyroku jest wieziony do 30 stycznia 1947 roku. W więzieniu spędza 219 dni. W trakcie przesłuchań miał łamane palce, był bity po głowie, miał połamane żebra. Ślady tych ubeckich represji widoczne są do dzisiaj.

Skandaliczne wyroki sądów w imieniu Rzeczypospolitej

W 2002 roku podobno już w „wolnej Polsce” pan Foksiński złożył pozew o ustalenie i zapłatę odszkodowania za bezprawne uwięzienie prze PRL-owski Urząd Bezpieczeństwa. Wyroki sądów naszej nowej Rzeczypospolitej są żenujące i wołają o pomstę do nieba, przekonał się pan Leon. Przykłady: wyrok NSA w Katowicach z listopada 2002 roku – „oddala skargę”, wyrok Sądu Okręgowego w Bielsku z listopada 2003 roku – „oddala wniosek”, wyrok Sądu Apelacyjnego w Katowicach z 2004 roku – „utrzymuje w mocy zaskarżony wyrok uznając apelację za oczywiście bezzasadną”. Natomiast Rzecznik Praw Obywatelskich twierdzi cyt. „ że brak podstaw do kasacji powoduje nie wniesienie tej sprawy na korzyść pana Foksińskiego” i tym samym aprobuje wyroki poprzednich instancji, twierdząc, że pan Foksiński powinien swój pozew złożyć najpóźniej do roku czasu od wyjścia z więzienia, czyli do dnia 30 stycznia 1948 roku. Gratuluję temu rzecznikowi poczucia humoru i arogancji. Złożenie wniosku w tamtym czasie było równoznaczne z dalszymi represjami pana Leona ze strony komunistycznej bezpieki. Czyżby rzecznik o tym nie wiedział a może był towarzyszem działającym w tamtym czasie w tym  aparacie ucisku. Pan Leon ma już 88 lat, doświadczył  w swoim życiu wiele. Nie wierzy w polskie prawo i polski wymiar sprawiedliwości. Tu nadal peerelowscy bandyci, mordercy i oprawcy są wolni, bezkarni i czują się bezpiecznie w przeciwieństwie do tych prawdziwych Polaków, patriotów i bohaterów. Od roku 2002 pan Leon stara się o dogłębne zbadanie przez Instytut Pamięci Narodowej oraz Oddziałową Komisję Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu we Wrocławiu o ustalenie miejsca pochowku pomordowanych przez nazistowskich oprawców w dniu 29 stycznia 1945 roku w Konradowie 142 osób. Pragnie aby to miejsce upamiętniała choćby niewielka kamienna tablica.                                  
                                                           

 

W galerii poniżej prezentowane są zdjęcia z pobytu pana Leona w Głuchołazach w roku 2005. Odwiedził wtedy nasz cmentarz zapalając znicz na grobie swoich towarzyszy z Marszu Śmierci. Uczestniczył w uroczystej mszy, odprawionej  w intencji pomordowanych więźniów w kościele w Konradowie. W świetlicy w Konradowie odbyło się wtedy spotkanie pana Foksińskiego z mieszkańcami Konradowa w którym uczestniczył również burmistrz Głuchołaz, radni oraz zaproszeni przyjaciele pana Leona. Po 60 latach ponownie powrócił do niewielkiej czeskiej osady VYSUTA koło Gierałcic. Powrócił do miejsca z którego w mroźną, styczniową noc  29 stycznia 1945 roku uciekł z kolumny Marszu Śmierci stacjonującej w jednej z okolicznych stodół.